• Wpisów:2
  • Średnio co: 1 rok
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 17:10
  • Licznik odwiedzin:2 155 / 2184 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
" Nie ma mnie. Niby się poruszam, nawet rozmawiam, ale nie istnieję. To ciało moje trwa- zbyt silne aby się poddac. Ale ja tak naprawdę już umarłam. Wessała mnie pustka- obrzydliwa, zimna, ssąco kąsająca. Wypełniła całe moje wnętrze. To okropne, bo niby nic nie czuję- nie umiem się wzruszac, płakac , cieszyc - a mimo to cierpię, Ten ból przeszywa mnie, paraliżuje, jest gorszy od smutku i rozpaczy, Dni ciągną się i straszą każdym posiłkiem, ludzkim spojrzeniem. Odpycham ze złością wyciągnięte ręce. Nie potrzebuje pomocy! Niczego już nie potrzebuje. Nocne koszmary wieszają się na zasłonkowych cieniach , bo tam się wpatruję, zamiast spac. Taka cała " pustodusza " - pusty żołądek i serce. Ta lekkośc mnie przytłacza, zamiast unosic. Jedynie myśl o śmierci dodaje mi sił, aby przeyżyc kolejną godzinę, dzień, tydzień. Nienawidzę siebię za tę słabośc i ciała za jego siłę. Ono nie chce pojąc, że ja się już poddałam, dusza moja w trumnie czeka na swą ziemską powłokę. Boję się życia, więc zgładziłam siebie. Chociaż czasami tam bardzo głęboko, w samym środku mojego żółtka coś jakby drży leciutko. Wtedy zaczynam się bac śmierci. Boże, tak bardzo zaczynam się jej bac !
 

 


Moi rodzice nie byli chyba przygotowani na wychowywanie dziecka . Na pewno nie była na to gotowa mama, bo tata potrafił być ciepły i czuły. Jak byłam mała, to opiekowała się mną babcia. Tęskniłam wtedy za rodzicami, ale to babcia była mi najbliższa. Rodzice byli trochę jak ciocia i wujek. Potem poszłam do przedszkola i ciągle płakałam. Nie miałam nawet z kim porozmawiać, bo z mamą nie miałam dobrego kontaktu, a tata ciągle był daleko od domu. Z tatą byłam blisko. Tyle rzeczy robiliśmy rzeczy. Ale nie umiałam nikomu zaufać. Zawsze bałam się, że jak nie sprostam oczekiwaniom rodziców, to oni przestaną mnie kochać. Ale w dzieciństwie miałam bardzo dobry kontakt z tatą. Świetnie się rozumieliśmy, wszędzie chodziliśmy razem. Nikt nie miał takiego ojca, jak ja. Ale to i tak już nie było jak z babcią. Zawsze się starałam, żeby tata mógł być ze mnie dumni. Nauczyłam się też nim manipulować. To w sumie było dosyć wygodne, ale też męczące. Te kilka lat z ojcem było fajnych. Szkoda, że tak krótko mnie lubił. A z babcią było tak zwyczajnie. Ona kochała mnie, a ja ją. Ona mnie kochała bez względu na to, co zrobiłam i jak wyglądałam. Rodzice zawsze czegoś ode mnie chcieli. Czułam, że nie są ze mnie zadowoleni. Dawali mi to odczuć na każdym kroku. Potem pojawił się mój braciszek-Krystian. Byłam zazdrosna, bo mama świata po za nim nie widziała. I dla niego potrafiła być czuła i dobra. Ale nigdy nie przyznawałam się do tej zazdrości. Wstydziłam się, bałam się potępienia rodziców. Jak byłam w drugiej klasie podstawówki, to coś między rodzicami było nie tak, ale do dzisiaj dokładnie nie wiem, o co chodziło. Kłócili się w nocy, tak po cichu. Zawsze to przeżywałam, ale nie chcieli ze mną rozmawiać. Mówili, że nic się nie dzieje. A przecież się działo. To zakłamanie... Ja oczywiście stanęłam intuicyjnie po stronie ojca. On był mi bliższy niż mama. I tak już miało być zawsze. Zaczęłam dojrzewać. Pamiętam dzień, w którym dostałam okres. Mama nie miałam wtedy czasu, bo Krystiana bolało ucho. Ja miałam zaledwie 11 lat i chociaż coś tam wiedziałam o miesiączce i dojrzewaniu, to i tak nie potrafiłam zrozumieć tego, co się ze mną dzieje. Dostałam od mamy podpaski i proszki. Jeszcze gorzej było z ojcem. To było straszne. Czułam że zrobiłam coś złego, że on się mnie brzydzi. Ale to był dopiero początek. Zmieniłam się. Ojciec nie przepuścił żadnej okazji, aby (niby w żartach) mi dociąć. Na każdym kroku słyszałam, że mam dużą, niezgrabną pupę, sterczące cycki i grube nogi. bardzo się wstydziłam i nienawidziłam swojego ciała. Nie interesowali mnie chłopcy, bo uważałam, że nikt nigdy nie zwróci uwagi na tak brzydką i beznadziejną dziewczynę jak ja. Ale ojciec i tak się wściekał. Podejrzewał mnie o rzeczy, o których nawet nie miałam pojęcia. Ciągle podkreślał, że ładniejsza i lepsza byłam jako dziecko. Nawet nie musiał mówić. Mieliśmy w domu lustro, w którym widziałam grubego potwora z trądzikiem i aparatem na zębach. Nienawidziłam siebie, swojej kobiecości i cierpiałam, ponieważ ojciec mnie odtrącił. Byłam przekonana, że ojciec się mnie wstydzi, bo jestem brzydka, wstrętna, gruba. Chciałam się zapaść pod ziemie, bo przecież skoro własny ojciec się mnie wstydzi, to co myślą o mnie inni ludzie ? Wiadomo przecież, że rodzice zawsze patrzą na dziecko przychylniej. Teraz już nie miałam ojca. Skończyło się przytulanie, pocałunki na dobranoc. Zostałam całkiem sama.
Fragment pamiętnika Julki z tamtego okresu :
Nareszcie czuję, że wygram z ojcem! To wspaniałe uczucie. Nadal jest między nami źle. Nie odzywa się do mnie, patrzy spode łba, czyha na najmniejsze potknięcie. Jednak teraz wymyślił sobie nową kare - zabrania mi jeść. Ostatnio coraz częściej słyszę " Zarobiłaś na to jedzenie ? Na jedzenie trzeba sobie zasłużyć! Zostaw to! " . Pewnie, że mnie boli takie traktowanie, ale nie daje po sobie poznać. Ojciec kupuje owoce, soki i słodycze dla siebie, Krystka i mamy. Dorobił też specjalny klucz do szafki w dużym pokoju i tam zamyka jedzenie. Wędlinę chowa głęboko na najwyższą półkę. Uśmiecham się i udaje, że nic sobie z tego nie robię, ale tak naprawdę bardzo cierpię.To straszne, że własny ojciec traktuje mnie gorzej niż psa, a mama przymyka oczy. Próbowałam rozmawiać, skarżyć się, ale słyszałam tylko " To nie jest moja wina, że nie potraficie się z ojcem dogadać " Przesadzasz przecież dobrze wyglądasz! . Przestałam więc w ogóle na na ten temat rozmawiać, ale walczyłam. Ojciec wrzeszczał " Nic nie robisz, to nie musisz jeść! " . Uśmiechałam się pytałam - Dobrze tatusiu, jak długo mam nie jeść ? " - nawet i cały dzień !
W Porządku. Nie jadłam trzy dni. czy nie czułam głodu? Jezu, aż mnie skręcało na widok jedzenia, ale byłam twarda. Ta siła stała się mają bronią w walce z ojcem. Byłam szczęśliwa i dumna z siebie. Nawet nie podejrzewałam, że mam taką silną wolę. On mnie karał, ale ja już nie czułam poniżenia, bezsilnej złości, wstydu. To było jak zawody i okazało się, że wcale nie jestem słaba - wprost przeciwnie. Na samym początku przegryzałam coś u znajomych, ale szybko przestałam. Po pierwsze czułam, że nie gram fair play, a po drugie musiałabym wyjaśnić, dlaczego ciągle jestem głodna i jak wilk rzucam się na kanapkę z wędliną. Tego zrobić nie mogłam, bo świat w okół mnie karmiony był moimi prawdami o kochającej się rodzinie, czułej , troskliwej mamie i wesołym, dobrym tatusiu. Nie chciałam otwierać oczu - im i... sobie. Wstydziłam się. Wszyscy moi znajomi mieli normalne domy. Nie chciałam być inna. Poza tym bałam się , że rzeczywiście to ja jestem winna- zła, krnąbrna, nieposłuszna. Coraz częściej w ten sposób ustawiałam porcje: dobra rodzina i zła ja. Ale światu mówić o tym nie zamierzałam. Po Pewnym czasie przyzwyczaiłam żołądek do głodu i ssanie nie było już takie dotkliwe. Nie bez znaczenia był też fakt chudnięcia. Zawsze byłam zaokrąglona, a teraz sylwetka szybko nabierała smukłych kształtów. To wspaniałe uczucie - mieć władzę nad ojcem, sobą. On pilnuje i czeka na moment, gdy nie wytrzymam i sięgnę do lodówki, całe moje ciało domaga się pożywienia, ale ja jestem silna. Mówię sobie " Nie wolno mi nic zjeść " I słowa te kodują się w moim mózgu jak rozkaz. Z Czasem niejedzenie stało się moją bronią, nie tylko w walce z ojcem. Tylko na tym polu nie zdarzały mi się porażki, byłam najlepsza. Nie jedząc, mogłam się trochę podnieść na duchu. W końcu nie byłam taka do niczego, skoro potrafiłam wygrać z głodem. Oczywiście wtedy nie było to takie uświadomione i oczywiste. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje. Po prostu cierpiałam, czułam się źle sama ze sobą, więc nie jadłam, bo wytrzymując głód, nabierałam wiary we własne możliwości. Zaprogramowałam się do niejedzenia (codziennie zjadłam pół paczki paluszków i pomidora). Dzięki temu potrafiłam oderwać myśli od kłopotów, wygrzebać się z bezsilności, opalać się, spacerować z przyjaciółmi po lesie i pływać w jeziorze. Cieszyć się? chyba już wtedy nie... Chudłam, ale ponieważ zawsze wyglądałam dobrze (160 centymetrów i 55 kilogramów), na początku nikogo to nie dziwiło. Tylko ja sama nie mogłam wyjść z podziwu, że mam taką silną wolę. Pamiętałam dobrze że w drugiej klasie liceum miałam szczere chęci zrzucić kilka kilogramów, ale byłam zbyt leniwa i łakoma. Nie potrafiłam zmusić się do biegania i ćwiczeń ani ograniczyć sobie jedzenia. A teraz? To nie była tylko silna wola. Raczej przymus, lęk i sycąca, wręcz narkotyczna radość. Dziwna mieszanka i nieludzki wprost stan uczuciowy. Nierealny, a przecież prawdziwy. Czułam wręcz namacalnie, jak wraz z utratą każdego kilograma oddalają się moje kłopoty i zmartwienia. Lekka i zwiewna, unosiłam się nad ziemią i coraz bardziej traciłam grunt pod nogami. Kupiła sobie nowe ubrania (czarne i obcisłe) i obnosiłam swoją chudość jak sztandar i medale. W tym kruchym, ciele czuła się bezpiecznie i pewnie. Nienawidziłam przecież samej siebie - tego sponiewieranego i poniżanego ciała, a teraz udało mi się wygrać z samą sobą. Pokonałam głód i swój organizm. Pokonałam wszystkich. Pokonałam ojca. Sama. Pokazałam mamie, że już nie zależy mi na jej miłości. Nie obchodziło mnie to, że niszczę zdrowie, narażam życie. Nie nauczyłam się opiekować sobą. Po prostu nie byłam tego warta. A może już wtedy czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, miłość, życie? Wpadłam w anoreksje... Ona dała mi bardzo dużo. Ojciec zaczął znów się o mnie troszczyć jak o małą dziewczynkę. Byłam ważna, najważniejsza. odwiedzali mnie w szpitalu, dzwonili, mówili wreszcie , że mnie kochają.
W ogóle coś dziwnego działo się ze mną. Pomimo objawów choroby, ja czułam się tak, jakbym trafiła do raju. Spełniły się moje marzenia o kochającej rodzinie. Czułam się znów małą dziewczynką , grzeczną córeczką tatusia. Fizycznie coraz bardziej upodobniałam się do dziecka - ważyłam 36 kilogramów. Czy chciałam wyzdrowieć i przeżyć? Nie! marzyłam co prawda o tym, aby znów mieć dużo siły, uśmiechać się i wyglądać jak kobieta, ale silniejszy był strach. Za skarby świata nie oddałabym tych uczuć i troski, które teraz dostałam od mamy i taty. Nie wiedziałam, że w życiu może być tak dobrze i bezpiecznie. Tylko to się liczy. Gra była warta świeczki. Anoreksja stała się moją przepustką do lepszego świata i dlatego podświadomie lub świadomie nie chciałam z niej zrezygnować. Odsuwałam od siebie wyrzuty sumienia, czasami rano budziłam się z poczuciem, że jestem zła. Wtedy jadłam jeszcze mniej, żeby siebie bardziej ukarać.
Nadal trudno mi zaakceptować swój normalny wygląd. Nie czuję się ładną kobietą, chociaż wszyscy dookoła mi to mówili. Boję się życia, ludzi. Boję się, że zawsze już będę musiała walczyć o miłość. Potrzebuje tego, żeby ktoś mnie kochał i boję się. Tak naprawdę tylko babcia mnie kochałam, no i trata, jak byłam mała - tęsknie do tego bezpieczeństwa i ciepła, ale ona już nie żyję, a ja niestety nie jestem już małą dziewczynką. tata bardziej mi pomagał. Znów jest między nami dobrze. U psychologa płakaliśmy razem, a potem mnie przytulił i przestałam się bać. Mam też, chociaż ona niewiele rozumie. Wszyscy się starają. Odważyłam się zapytać , czy ja wyzdrowieje, to również będą mnie kochać. Powiedzieli że tak. Wierzę im. Gdzieś tam głęboko czuje że mogę sobie poradzić, że mam siłę, ale jeszcze coś mnie blokuję. Choroba jest zła, okrutna i chciałabym się jej pozbyć, ale z drugiej strony nie wiem, jak to powiedzieć ... Łatwiej się żyję z anoreksją . Naprawdę łatwiej. Trochę się boję, że bez niej sobie nie poradzę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (19) ›